Rozdział VIII
Kitty, 8 czerwca 2009[
pora na reklamy:
Aisling Candrot, moje, moje moje!]
Słuch. Wzrok. Dotyk. Smak.
Proszę, nie przestawaj.
*– Wampir jest stworzeniem nocnym. Niezwykle niebezpiecznym.
– Ellie, przestań – przerwała Addy. – Czytasz to już piąty raz.
Ellie obrzuciła przyjaciółkę niezadowolonym spojrzeniem, po czym sięgnęła po pióro i skreśliła czytane wcześniej zdanie. Obejrzała dokładnie pomazany czarnym atramentem pergamin, po czym zgniotła go w kulkę i rzuciła w stronę stojącego niedaleko śmietnika. Trafiła idealnie, ale wcale nie była zadowolona ze swojej celności. Jak tu być zadowolonym, kiedy od godziny nie widać żadnych postępów w referacie na obronę przed czarną magią?
Addy widząc mękę przyjaciółki zwyczajnie cieszyła się, że sama nie kontynuowała tego przedmiotu. W ustach Ellie jego opis brzmiał naprawdę paskudnie, a Rose rzadko wypowiadała się na ten temat. Puchonka jednak nigdy specjalnie za obroną nie przepadała, a skoro w szóstej klasie było o wiele gorzej, niż wcześniej, to wolała nawet o tym nie myśleć.
Wyraz niezadowolenia na twarzy Ellie natychmiast został zastąpiony uśmiechem, kiedy w drzwiach biblioteki stanął nie kto inny jak Albus Potter. Był bardzo podobny do swojego sławnego ojca, którego zdjęcia do dziś pojawiały się w gazetach. Czarne zmierzwione włosy, piękne zielone oczy skryte za okularami z okrągłymi szkłami – nie można było go z nikim pomylić. Brakowało tylko blizny w kształcie błyskawicy na czole.
Chłopak powiedział krótkie „dzień dobry” pani Carne, która była zajęta czytaniem „Czarownicy” (tam zapewne co najmniej jedna strona była poświęcona Chłopcu, Który Przeżył), a następnie skierował się wprost do stolika, przy którym siedziały Addy i Ellie. Zatrzymał się przy tej drugiej, co nie ulegało żadnej wątpliwości, i pocałował ją w policzek na przywitanie.
Addy przewróciła oczami i sięgnęła po podręcznik do obrony, który był akurat otwarty na temacie o wampirach. Skupiła więc wzrok na cechach charakterystycznych tych nocnych, niezwykle niebezpiecznych stworzeń.
„Żywią się krwią dziewic” – przeczytała w myślach i uniosła wysoko brwi. Nie zdążyła jednak dokładnie tego przetworzyć (nie była pewna, czy aby na pewno tego chciała).
– Cześć, Adelaide.
Skrzywiła się mimowolnie na dźwięk swojego pełnego imienia wypowiedzianego przez Albusa, ale nie odrywała wzroku od książki. Wolała też jednak nie czytać dalszego tekstu dotyczącego wampirów i ich jadłospisu, więc jedynie udawała zainteresowanie. Nie wychodziło jej to jednak zbyt dobrze.
– Addy – burknęła pod nosem.
– Addy.
Zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Podniosła głowę znad podręcznika i spojrzała najpierw na Albusa, a potem na Ellie. Zmarszczyła brwi, widząc, że dziewczyna wstała i prawdopodobnie miała zamiar się ulotnić z biblioteki, i to jak najszybciej. Ellie, spostrzegając wzrok przyjaciółki, przygryzła dolną wargę.
– Obrazisz się, jak cię zostawię? – zapytała niepewnie, podnosząc torbę z podłogi.
– Idź, idź. – Machnęła ręką. – Ale to nie ja muszę napisać referat na obronę i nie mnie zależy na dobrej ocenie.
Zamknęła bez żalu książkę, po czym podała ją rozanielonej Krukonce. Ellie zdawała się nie słyszeć słów Addy – nie zareagowała na nie w żaden sposób. Ale cóż się dziwić. Dla niej nie istniał świat poza tymi szmaragdowymi oczami Albusa Pottera, który patrzył nimi na nią z wielkim uczuciem. Puchonka w ogóle nie była przekonana do tego uczucia, ale wolała nie komentować go na głos. W innym wypadku natychmiast posypałyby się pytania na temat Scorpiusa, z którym Addy nie zamieniła nawet słowa od ostatniego wyjścia do Hogsmeade. A minęły już ponad dwa tygodnie. Nie rozpaczała specjalnie, ale było to niezwykle podejrzane.
Odprowadziła wzrokiem przyjaciółkę i jej nowego chłopaka, po czym zlustrowała całe pomieszczenie. Kilkoro uczniów siedziało przy stolikach, dwóch z nich było bardziej zainteresowanych synem Cudownego Chłopca, niż książkami przed nimi, ale nie uszedł uwadze także tych pozostałych. Następna grupa kręciła się pomiędzy regałami, w większości tylko po to, by udawać oczytanych. Może by zaimponować dziewczynie albo po prostu zachowywać pozory? Jedynie Krukon, który siedział przy najbardziej oddalonym stoliku, zdawał się być bardzo pochłonięty lekturą. Prawdopodobnie nawet nie zauważył Albusa.
Addy westchnęła cicho, z rezygnacją i zebrała swoje rzeczy ze stolika. Wrzuciła je do torby, którą po chwili zawiesiła na ramieniu. Westchnęła cicho, po czym ruszyła w stronę wyjścia z biblioteki. Minęła panią Carne bez słowa, ale bibliotekarka była zbyt zajęta „Czarownicą”, by to zauważyć. Lucas Mooney nie był jednak takim ignorantem, jeżeli chodzi o Puchonkę. Spostrzegł ją od razu, jak tylko wyszedł spomiędzy regałów z książką w ręce. Uniósł wysoko brwi i wolno odłożył gruby tom na jedną z półek – z pewnością nie tą, na której stał wcześniej. Rozejrzał się, a następnie ruszył w ślad za dziewczyną.
*Rose dokładnie w tej chwili wyszła z gabinetu pani Gane. Właśnie odrobiła ostatnią godzinę szlabanu i miała wolne wieczory aż do następnej kary, którą zapewne otrzyma już niedługo. I prawdopodobnie znów przez samolubność Jamesa. Rose nie rozumiała, czemu jej kuzyn tak bardzo strzegł swoich sekretów. Przecież i tak wiedziała o istnieniu peleryny-niewidki i magicznej mapy Hogwartu. Nie, ona nigdy nie zrozumie żadnego Pottera.
Poprawiła i zapięła torbę, z której wcześniej wystawało długie sowie pióro. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Bynajmniej nie z powodu tego czynu. Uświadomiła sobie, że może robić teraz, co tylko zechce bez świadomości, że musi zdążyć na szlaban. Ale najpierw należało odnieść do dormitorium tę ciężką torbę, pełną niepotrzebnych w tej chwili podręczników. Przeciągnęła się więc leniwie i ruszyła korytarzem w stronę klatki schodowej. Obiecała sobie, że dzisiaj nawet młodszy brat nie zepsuje jej doskonałego humoru. Zdawała sobie, rzecz jasna, sprawę, że przy Hugonie trzeba było mieć niezwykłe pokłady cierpliwości, dlatego najlepszym wyjściem było unikanie go.
Przemknęła szybko przez korytarz i stanęła na pierwszym stopniu. W ostatniej chwili zachowała równowagę, gdyż schody gwałtownie drgnęły i skierowały się w stronę korytarza na czwartym piętrze. Przyspieszyła, by przypadkiem nie wrócić z powrotem na niższe partie zamku. Stanęła w końcu na nieruchomej powierzchni i rozejrzała się. Już chciała wejść na następne schody, kiedy zauważyła wychodzącą z biblioteki Addy. Uśmiechnęła się radośnie i postanowiła poczekać chwilę na przyjaciółkę, gdyż ta zdawała się kierować w jej stronę. Splotła ręce na piersi i nawet nie zwróciła większej uwagi na ciemnowłosego chłopaka, który wyszedł za Puchonką. Do momentu, kiedy ten chwycił Addy za ramię.
Rose wykrzywiła usta, zdając sobie sprawę, że tym chłopakiem był Lucas Mooney, którego Gryfonka nieszczególnie lubiła. Za bezczelność, chamstwo, cynizm i bycie Ślizgonem. Ostatnie przeważało, gdyż Rose go zwyczajnie nie znała i nie miała z nim zbyt wiele do czynienia.
*Puchonka poczuła, że ktoś ją chwyta za ramię. Zmarszczyła brwi, gdy odwróciwszy głowę, jej wzrok natrafił na brązowe oczy Lucasa. Delikatnie ujęła dłoń chłopaka i uwolniła się z jego uścisku. Ten szybko zabrał rękę i włożył do kieszeni spodni. Przez moment zdawał się nad czymś myśleć. Nastąpiła chwila niepewności, która średnio podobała się dziewczynie. Ostatecznie na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– O co chodzi? – zapytała, unosząc brew.
Wzruszył ramionami, po czym wskazał na jej torbę.
– Pasek ci się zaraz urwie.
Obejrzała uważnie pasek, sprawdzając jego stabilność, ale zdawał się być w dobrym stanie. Nic mu, póki co, nie groziło. Podniosła więc wzrok z powrotem na Lucasa.
– Ach tak? – mruknęła. – Skąd to zainteresowanie?
– Nie chciałbym patrzeć, jak znowu klęczysz na ziemi i zbierasz swoje rzeczy – odpowiedział z nonszalanckim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Addy nie podobała się ta mina. Wyglądała podejrzanie. Tak jakby Lucas czegoś od niej chciał. Ale jeżeli chciał, to nic na ten temat nie powiedział. Właściwie nic w ogóle nie mówił, tylko patrzył na nią z zainteresowaniem, a ta zaczynała się stopniowo irytować. Starała się jednak w żaden sposób tego nie okazywać. Odgarnęła włosy za ucho, po czym splotła ręce na piersi. Rozważała zwykłe odejście, ale była zbyt ciekawa, czego on od niej chciał. I odniosła wrażenie, że zaraz się dowie.
– Intrygujesz mnie, Harris – powiedział. – I za nic nie potrafię cię zrozumieć.
– Może nie próbuj?
Tym razem ona wzruszyła ramionami, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Będę – obiecał. - Do następnego, Harris.
Lucas ruszył wzdłuż korytarza, a Addy odprowadziła go wzrokiem. Przeanalizowała w myślach wszystko, co jej powiedział, ale nie potrafiła wymyślić, o co mu mogło chodzić. Ostatecznie przeczesała palcami rozpuszczone włosy i obejrzała się w stronę klatki schodowej, gdzie stała jakaś postać. Odchrząknęła cicho, rozpoznając w niej Rose. Dzieliło je pół korytarza, które Puchonka pokonała w ćwierć minuty.
– Czego chciał? – padło pytanie.
Dziewczyna zacisnęła usta i potrząsnęła głową. To miało służyć za odpowiedź, ale Rose nie dawała za wygraną. Nie byłaby sobą, gdyby pozwoliła na urwanie tematu bez wcześniejszego dowiedzenia się o szczegółach.
– Widziałam.
– Co widziałaś? – zapytała zniecierpliwiona.
– Ciebie i Lucasa – o co chodziło?
– O nic, Rosie, możemy o tym nie mówić?
Rose zmarkotniała. Nie wiadomo jednak, czy z powodu zdrobnienia jej imienia, czy tego, że Addy postanowiła nie odpowiadać na jej pytania. Jedno było pewne – zamilkła. Jednak nie na długo. Gryfonka często miała problem z odróżnieniem momentów, kiedy można coś powiedzieć, a kiedy nie. W tym właśnie momencie się pomyliła. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
– O co poszło z Lenem też nie chciałaś mi powiedzieć – wytknęła.
Dziewczyna, do której skierowana była wypowiedź drgnęła. Spojrzała na przyjaciółkę, jakby nagle okazało się, że jest Ślizgonką i to pokroju Kimberly Danes. Rose mimowolnie cofnęła się o krok, jakby w obawie, że Puchonka zaraz się na nią rzuci.
– Z Lenem było zupełnie co innego – powiedziała i weszła szybkim krokiem na schody, które od razu ruszyły.
Rose wskoczyła za nią w ostatniej chwili. I takim oto sposobem wracała na trzecie piętro.
– Addy, wiesz, że…
– Wiem.
*Addy nie chciała myśleć ani o Scorpiusie, ani o Lucasie, a już na pewno nie o Lenie. Ale te trójka bardzo uparcie czepiała się jej myśli i nie dawała spokoju. Ogromnie nie podobało jej się zachowanie Ślizgonów. Tak, jakby sobie to wszystko zaplanowali, tak zwyczajnie – dla zabawy. Znowu wróciły myśli na temat jakiegoś spisku przeciwko niej. Ta świadomość nie była pocieszająca, ale mogła jakoś usprawiedliwić podejrzane zachowanie Lucasa i Scorpiusa. Poza tym, że miała ochotę rzucić na nich grad uroków, a potem dobić mugolskim młotkiem. Oczywiście Addy nie była osobą brutalną, wręcz przeciwnie – brzydziła się okrucieństwem. Wystarczyłoby zwykłe zaklęcie śmierci, albo jakaś mocna trucizna i po sprawie. Gdyby przypadkiem ucierpiał też Len, to nawet lepiej.
Rose musiała jej o tym przypomnieć. Dziewczyna za wszelką cenę starała się nie myśleć o skończonym związku z Lenem. Właściwie była pełna podziwu dla siebie, że tak dobrze sobie poradziła z tą sytuacją i była w stanie normalnie rozmawiać z chłopakiem. Z resztą nie tylko ona uważała to za wyczyn. Ellie wręcz nie rozumiała zachowania przyjaciółki, a Rose całej sytuacji, ale i tak była zdziwiona, z jaką łatwością dziewczyna dała sobie radę. Nie było to jednak tak łatwe. Pozory w końcu z natury są bardzo mylne.
Addy nie chciała, ale mimo tego wróciła myślami do początku roku szkolnego. Mały kryzys w związku, Kimberly, zdrada i mamy kiepski dramat na miarę harlequina. Puchonka żałowała, że tak to się wszystko potoczyło, ale była pewna, że teraz zachowałaby się podobnie. Zdrada zawsze pozostaje zdradą i nawet podczas kryzysu jest nieusprawiedliwiona. Doskonale pamiętała ten wieczór, kiedy natknęła się na Lena i Kimberly na korytarzu siódmego piętra. Puchoni rzadko dochodzą tak wysoko, chyba że mają przyjaciół w Gryffindorze. Przez następne dwa tygodnie nie pozwalała sobie nawet tego wytłumaczyć. A miesiąc zajęło, kiedy w końcu mogła się do niego odezwać bez irytacji. Trzy miesiące, kiedy w końcu sobie wszystko wyjaśnili. Żal pozostał, ale nie było powodu, by rozpamiętywać przeszłość. Nawet niedaleką.
Spojrzała leniwie na szkicownik i zdała sobie sprawę, że przez zamyślenie, zamiast drzemiącej na łóżku obok Tracy, na papierze widniały jedynie napisy, a właściwie jedno imię powtórzone kilka razy. I głowa, która z pewnością nie należała do Tracy. Wyrwała kartkę i zgniotła ją, a następnie wrzuciła do szafki nocnej.
*Puchonka obudziła się w podłym humorze. A Addy w podłym humorze była niezwykłym, rzadko spotykanym zjawiskiem, dokładnie jak śnieg w lipcu albo deszcz na pustyni Gobi. Ewentualnie Ellie, która nie dostała W z referatu.
W równie podłym humorze poszła do łazienki i później nie obudziła Tracy, która przez to spóźniła się na lekcje (bo inne współlokatorki nigdy nawet nie pomyślałyby o tym, by zainteresować się śpiącą koleżanką). Sama postanowiła w ogóle nie iść na lekcje.
Zamiast na śniadanie, gdzie mogła spotkać Ellie i Albusa albo nadopiekuńczą Rose, oraz na eliksiry, skierowała się na dziedziniec. O tej porze w zasięgu wzroku znalazła może dwoje pojedynczych uczniów. Nie zwróciła na nich większej uwagi i sama przeszła krużgankami wzdłuż kamiennego placu, na środku którego stała fontanna. Ostatecznie zatrzymała się pomiędzy dwoma kolumnami i wdrapała na murek. Opuściła nogi w dół i zaczęła wpatrywać się w wodę wytryskującą ku górze z marmurowej fontanny. Na twarzy czuła lekki wiatr, który próbował rozwiać związane w warkocz włosy. Był jednak zbyt słaby, by cokolwiek zdziałać. Słońce niedawno wstało, a na pojedynczych kępkach trawy pomiędzy kostką osiadło trochę rosy.
Poranek w Hogwarcie. Mimo podłego humoru, nie mogła powstrzymać bladego uśmiechu, który wstąpił na jej twarz. Nie przyszło jej jednak długo cieszyć się samotnością, gdyż jeden z uczniów postanowił jej przeszkodzić. Oparł dłonie o murek, tuż obok miejsca, gdzie siedziała Addy. Dziewczyna z początku nie zareagowała, czekając na jakieś zagadnięcie, ale nic takiego nie nastąpiło. Odwróciła głowę, by spojrzeć na ucznia. Uniosła wysoko brwi, widząc jasne włosy i szare oczy skupione na jej twarzy. Patrzył tak od początku, czy to przypadek, że ich spojrzenia się spotkały?
Puchonka, jak gdyby usłyszała jakieś polecenie, odwróciła się tak, że nogi zwisały po drugiej stronie murka, a ona sama była przodem do chłopaka. Uparcie, żadne nic nie mówiło. Dziewczyna dopiero po chwili odwróciła wzrok i skupiła go na jakimś punkcie na ścianie. Nie zdążyła się jednak dokładnie przyjrzeć owemu punktowi, kiedy dłoń Scorpiusa dotknęła jej podbródka, a on sam znalazł się dziwnie blisko. Nie zauważyła nawet kiedy ich usta zetknęły się. To się po prostu stało.
*Lekcja obrony przed czarną magią nie należała do najciekawszych. Ellie jednak postanowiła kontynuować ten przedmiot z uwagi na swoje późniejsze plany. Gorzej, że dziewczyna ostatnimi czasy zaniedbywała naukę, a ostatni referat wyszedł… nieciekawie. Krukonka była świadoma swojej porażki, ale i tak uparcie słuchała, jak profesor Aaron Daugherty mówił uczniom, że są bandą idiotów i niczego nie potrafią. Późniejsze wyniki z prac tylko potwierdziły jego słowa. Dziewczyna poczuła, że robi się jej słabo, kiedy usłyszała swoje nazwisko.
– „Wampir jest stworzeniem nocnym. Niezwykle niebezpiecznym” – przeczytał nauczyciel, po czym utkwił wzrok w ciemnych oczach Ellie, która poczuła się malutka.
Profesor Daugherty jednak nie kontynuował czytania. Nie wiadomo było, czy na tym właśnie skończył się referat, czy uznał, że aż szkoda strzępić języka. Ona wiedziała i nerwowo odgarnęła włosy za ucho.
– Okropny – powiedział ocenę na głos, a w klasie zapadła grobowa cisza.
Potem jedynie usłyszała słowa pocieszenia od Albusa i „a nie mówiłam” od Addy.
*Co ty robisz?
Kropla potu na czole. Cóż on najlepszego zrobił?
Od autorki: Długo musieliście czekać, ale Wasza cierpliwość została nagrodzona! No... tak, właśnie. Ten rodział nie jest może wybitny, ale jestem z niego zadowolona. I akcję trochę pognałam do przodu, bo znając mnie scena z Malfoyem byłaby dopiero za kilka części. A jeżeli już jesteśmy przy temacie następnych... nie mam zielonego pojęcia, kiedy napiszę. Mam wakacje, a w wakacje zwykle jestem jeszcze bardziej leniwa (jeżeli się da).
Co do moich spraw, jeżeli kogokolwiek to interesuje - jestem PO maturze, PO egzaminach na studia i tylko czekać na wszystkie wyniki. Życie jest piękne.
Informuję tylko przez gadu-gadu. I tylko po tym, jak zostanie umieszczony numer w księdze gości. Na liście kontaktów mam kilka osób do informowania i jak ktoś nie chce być informowany, to niech mi napisze. Dziękuję za uwagę i polecam się.
Wszelkie potrzebne tekstury i zdjęcia znaleziono na deviantArt.
Szablon został wykonany przez Kit na wyłączność Kitty. Radzę uszanować, a zamiast dopuszczać się łamania dekalogu - poprosić.